ÓSMY KSIĘŻYC

Anita Andrzejewska

Na zewnątrz wygląda, że wszystko się tu zmieniło. Zrujnowany, tradycyjny dom został sprzedany deweloperom i odnowiony w stylu nowobogackiej willi. Pewnie już tu mieszkają nowi właściciele. Ich drogie samochody stoją zaparkowane przed solidną, metalową bramą. A jednak wczoraj udało mi się zajrzeć przez okno do środka i widziałam te same obdarte tapety, zakurzone, puste stoły, rysunki na ścianach, rozrzucone kostki do gry w madżonga i drewnianą trumnę w rogu pokoju. Przejechaliśmy wielki szmat drogi i musisz zobaczyć to miejsce.

O zmroku wkradamy się do wnętrza po cichu, na palcach, a kiedy w półmroku korytarza dostrzegamy krzątające się służące w wykrochmalonych fartuchach, przywieramy plecami do ściany i zastygamy w bezruchu. Nie mogą nas zobaczyć, nie mamy prawa tu wchodzić. Szare światło zmierzchu pada prosto na nas, wstrzymujemy oddech. Ale służące nie zwracają na nas uwagi. Wnoszą i wynoszą sterty pościeli, sunąc bezszelestnie, przez gęste, srebrzyste powietrze. Powoli krok po kroku wyłaniamy się z mroku, żeby przemknąć na schody. Zamieramy, kiedy jedna z nich wychodzi prosto na nas. Jednak jej wzrok przepływa przez nas na wskroś, jakbyśmy byli dla niej niewidzialni.

Przedostajemy się chyłkiem na piętro, gdzie w wielkich pokojach stoją rzędy łóżek przykrytych szarymi prześcieradłami. Pod nimi rysują się kształty śpiących ciał. Niektóre poruszają się we śnie, zmieniając pozycje.  

Nie poznaję tego wnętrza, jest inaczej niż przed laty czy nawet wczoraj, kiedy patrzyłam przez okno. Rozglądam się po pokojach w poszukiwaniu starych tapet, rysunków i mebli, ale wszystko zniknęło. Tylko te szare ściany, zamglona, pusta przestrzeń i rzędy ciał, oddychających cicho przez sen. Wtedy odsłaniasz ciężką zasłonę i wskazując palcem mówisz, że przecież wszystko tu jest: kredens ze starymi fotografiami i talerzami, ubrania na wieszakach, twarz kobiety narysowana na ścianie i tandetne obrazki. Ale moje oczy tego nie widzą. Nagle przeszłość jest dla mnie niewidzialna. A ty opisujesz ją dokładnie, mimo że nie byłeś tu nigdy wcześniej. Chcesz zrobić zdjęcie, żeby pokazać mi, co widzisz.

Rozkładasz statyw, ustawiasz aparat, mierzysz nikłe światło i każesz mi stanąć pod ścianą naprzeciw obiektywu. Patrzę wprost w szklane oko. Syn wróżbity powiedział mi kiedyś, że zdjęcia zrobione na wstrzymanym oddechu są puste i nie mają żadnej mocy. W ten sposób osoba pozwalająca utrwalić swój wizerunek może chronić duszę. Oddycham głęboko, bo chcę tchnąć w to zdjęcie jak najwięcej życia.

Składając sprzęt mówisz, że jesteś już stary i zmęczony. Nie chcesz już żyć jako człowiek. Wychodzisz do ogarniętego nocą lasu, a ja w tym czasie przyglądam się śpiącym na łóżkach postaciom. Wąż owinięty wokół metalowej nogi jednego z łóżek powoli wysuwa głowę i zaczyna pełznąć w kierunku nagiej stopy, która wysunęła się spod prześcieradła i dotyka podłogi.

Kiedy wracasz, jesteś nagi, z ciałem wysmarowanym tłuszczem i ochrą. W garści trzymasz martwego kruka. Oskubujesz ptaka z piór, mięso i kości rzucasz psu, a pióra przywiązujesz sobie do ramion. Wąż podpełza bliżej nieruchomej stopy. Kucasz na parapecie otwartego okna, zaczynasz machać rękami i w końcu, zmieniając się w jastrzębia, odlatujesz w noc. Cień ptaka odbija się przez chwilę w srebrnej tafli spokojnego jeziora. W czarnej przestrzeni nieba wiszą kule ognia, które nazywamy gwiazdami i nikt nie wie na pewno skąd się wzięły, a ich światło dociera do nas z przeszłości. Od dziś twojego ducha będę mogła spotkać w jastrzębiach, które mieszkają na skraju lasów, blisko łąk i pól.

Podobno w waszym domu w Paryżu, twoja żona położyła martwe, ciężkie ciało w chłodnej ciemni, zapaliła świecie, włączyła twoją ulubioną muzykę, i przyjmowała tych, który przyszli się z tobą pożegnać, aż po tygodniu musiała oddać zimne ciało pracownikom kostnicy.

fot01

Nikt mnie tu nie zapraszał, nikt się nie uśmiechał, ani nawet nie patrzył w moją stronę. Mimo to przyjeżdżałam do wioski codziennie na skuterze, bo szara ściana glinianego domu, stojącego na schludnie pozamiatanym podwórku, przyciągała mnie jak obietnica. Stare kobiety dźwigały z lasu naręcza chrustu na opał. Na sznurach schło płótno świeżo ufarbowane indygo i płachty czerpanego papieru ryżowego. Wystawałam na środku podwórza, patrząc na szarą ścianę, czekając nie wiedzieć na co.

Aż któregoś kolejnego wieczoru, kiedy znów przybyłam nieproszona, a pod szarą ścianą przemykały na zmianę czarnowłosa dziewczynka i czarna świnia, zostałam wezwana machnięciem ręki do malutkiej, ciemnej chaty, wypełnionej gryzącym dymem. Starzy ludzie palili w ognisku jakieś zioła i z nabożeństwem okadzali dymem malutkie figurki ze słomy, mamrocząc niezrozumiałe dla mnie słowa.

Podali mi zwitek znad ognia i pokazali, że powinnam go zjeść. Niepewnie przyjęłam dar, zaproszona na rytuał nie moich przodków, poczułam mdły smak rozgotowanego ryżu i trawy. Starzy ludzie przyglądali mi się z aprobatą i uśmiechaliśmy się do siebie. Ja, nie rozumiejąca co się dzieje, oni nie ciekawi, skąd się wzięłam. A przodkowie, którzy żyją we mnie srogo napominali: – co ty tu robisz, wracaj do swojego miejsca, zajmij się nami. Odpowiedziałam sobie cicho: – dzisiaj tu jest moje miejsce.

fot02

Przedzieraliśmy się przez ciemny labirynt wąskich uliczek nieznanego miasta i z każdym mijanym rogiem ogarniał mnie coraz większy entuzjazm i dziecięca euforia przygody. Przewodnik wskazał na małe, zakratowane okienko, mówiąc: – możesz popatrzeć, ale nie wolno ci tam wejść. Wspięłam się na palce i zajrzałam do oświetlonej pochodniami groty, pełnej rozmaitego ptactwa: tukany, rajskie ptaki, kury, gołębie, wszystkie tu były. Siedziały na żerdziach wystających ze ścian i głośno dyskutowały, przestępując z nogi na nogę. Tukan wiódł prym. – Świątynia ptaków – szepnął przewodnik i pociągnął mnie za rękaw.

Serce mocno mi zabiło, kiedy zaproponował: – chodź ze mną, nauczę cię latać. Poszliśmy na wzgórze. Niebo zrobiło się szaro granatowe. Na zboczach ludzie, zbici w małe grupy witali przewodnika – Maestro – i kłaniali się nisko, kładąc rękę na sercu. Zaczęły się ćwiczenia. Maestro tłumaczył, demonstrował pozycję ciała i korygował sylwetki. Niektórzy brali rozbieg, podskakiwali i na chwilę unosili się ciut nad ziemią. Maestro przykucnął lekko, powoli rozpostarł ramiona, pochylił się i poszybował płynnie nad wzgórzem, zataczając koło.

Zaparło mi dech z zachwytu, a mimo to, kiedy wylądował koło mnie, mówiąc: – teraz ty, z ogromnym żalem odpowiedziałam: – teraz muszę już iść, ale jutro wrócę. I odeszłam do tych, którzy na mnie czekali.

Nazajutrz wróciłam na wzgórze, ale na próżno wypytywałam o przewodnika. Nikt go nie widział. Włóczyłam się po ulicach, przeszukując miasto. Kilka razy wydawało mi się, że widzę go wśród pasażerów odjeżdżającego autobusu.

fot03

            Tej nocy stałam na skraju wysokiego klifu i patrzyłam w wodę, głęboką, wzburzoną, niebezpieczną, która woła do mnie: – skacz! Czułam lęk, ale i nieodparte, fizyczne przyciąganie. Wzięłam głęboki wdech i skoczyłam. Długo spadałam spiralnie w dół, czując jak woda przenika powłokę mojego ciała, zaczyna krążyć w jego wnętrzu. Rozpuszcza się bariera skóry i w przepływie do wnętrza i na zewnątrz moje ciało przyjemnie staje się jednością z wodą, powraca do niej.

            – O La Sirene, Mami Wata, Yemanja! — jak rozkosznie zatracić się w twoich falach. O Nereide, Tethys, Undine! — przynoszę ci włosy, róże, perfumy, słodkości i złoto, abyś mogła się nimi radować. O Nansze, Anahita, Benzaiten, Phaya Nak, Mazu! — wpuść mnie do swego podwodnego pałacu o ścianach z luster, w których rozpadnę się na tysiące kawałków i nigdy nie poskładam, bo jestem gotowa na prawdę ukrytą w głębinach.

fot04

            Stoi oparty o ścianę, zgięty i połamany.

            – Pomóż mi – mówi trup. – Dopchnij mnie kolanem, o tu, żebym stał i się nie przewracał. Podchodzę niechętnie i zaczynam szamotać się z jego sztywnym, marionetkowatym ciałem. Co ustawię mu nogi w pionie, to przegina się w biodrach i twardy tors zwala mi się na plecy. Jak wyprostuję tułów i podeprę o ścianę, to patykowate nogi osuwają się na dywan, na którym leżą porozrzucane stare fotografie rodzinne. Pewnie oglądał je zanim wróciłam.

            – Chcę się umyć – mówi nagle trup.

            Wlokę go do łazienki i sadzam pod prysznicem.

            – Zdrap ze mnie tę zgniłą, odpadającą skórę – nakazuje trup.

            Ta skóra jest jak warstwa starego, rozmokłego tynku, spleśniała obłazi płatami, a pod nią widać nową, różową, wcale nie mniej obrzydliwą. Biorę szczotkę i szoruję odchylając się jak najdalej od trupa, żeby nie patrzeć i nie wdychać fetoru. Chciałabym mu powiedzieć, że wolałabym, żeby umył się sam, ale jest przecież ósmy miesiąc księżycowy, czas, kiedy otwierają się bramy piekieł i głodne duchy zstępują na ziemię, a żywi gotują dla nich ulubione potrawy.

fot05

Przewijanie do góry
Skip to content