Tysiącletnie królestwo

Aleksandra Polak

Nagle przebudziłam się z niespokojnych snów, po drzemce, w którą zdałam się zapaść mimowolnie, najwidoczniej zrobiło się już ciemno. Czuję, że boli mnie ząb, najpierw strzepuję z siebie kłujące resztki jedzenia, a następnie ogarnia mnie uczucie, że nie wiem jaki jest dzień i czuję się jakbym przespała dobę, waham się spojrzeć w telefon, bo boję się, że jest już kolejny wieczór, a ja zaprzepaściłam cały dzień, próbuję wyostrzyć myśli. Przez chwile trudność sprawia mi nawet przypomnienie sobie kim jestem, omiatam wzrokiem z pozoru obce pomieszczenie, ale szybko uzmysławiam sobie, że to mój prawdziwy pokój, mieszczący się spokojnie wśród czterech dobrze znanych mi ścian. Na dużym twardym tapczanie oprócz mnie leżą dwa talerze, na których w coś, co kiedyś było jedzeniem, powbijane zostały całe pęki niedopalonych kiepów, te jak mniemam petunie kwitną tutaj już od tygodnia. Widzę pudełka po pizzy a następnie kilka butelek. Na samym końcu skopany na próg łóżka balansuje laptop z zatrzymanym na 34minucie wideoesejem „how people became horses” a z rogu ekranu powoli wyłaniają się cyferki, które po kilku sekundach nabierają znaczenia jako data i godzina 1:23, 24.11.2025.

Mruknęłam coś i odchrząknęłam, żeby, nie wiem… chyba po prostu, żeby przywołać się do porządku. Usiadłam na łóżku i skręciłam szluga, będąc jeszcze lekko skołowana postawiłam stopy na podłodze i podniosłam się. Chcę zapalić przy oknie, widzę, że spadł śnieg.

To niesamowite, jak śnieg wywołuje wewnętrzną jasność w patrzącym. Obniżają się kontrasty rozpuszczając to, co krzykliwe – linie, granice, brudy i ostrości świata są wygładzone, nareszcie wszystko zostaje przykryte tuszując chwilowo ślady wszelkiej obecności. Nawet horyzont zaznaczony żółtawym światłem rozpłynął się teraz w mlecznej zawiesinie. Tak jakby rzeczywistość odtwarzała wspomnienie czystości jakiegoś dawnego pierwszego dnia, pozostawiając tylko własne milczące istnienie. Pomimo oddzielającego nas okna narasta we mnie obecność tej samej wielkiej bieli. Świat wyraźnie delektuje się tą chwilą zanim po raz kolejny przegra z porannym szarym błotem. Tylko światło najbliższej lampy delikatnie rani pojedyncze płatki śniegu, które pod jego wpływem niezłomnie zamieniają się w małe iskierki, po czym spadają tak powoli, jakby zastanawiały się, czy w ogóle warto dotknąć ziemi.

W miarę jak mój wzrok wędrował dalej, spostrzegłam że pośród białego pyłu wirowała jedna znacznie większa drobina, której ruchy były jedynie żałosnym naśladownictwem. Plastikowa reklamówka naiwnie i z wrodzonym automatyzmem próbująca udawać śnieg, podczas gdy ten osiadał na niej lekko, jakby ją uspokajał. Zataczała w powietrzu wciąż tą samą pętlę próbując z uporem maniaka nauczyć się tej lekkości, odtwarzając tę scenę w kółko i w kółko. Nie opadała na ziemię, a z każdym podmuchem wracała w to samo miejsce, ciężko stwierdzić czy z wyboru, czy jakiegoś przymusu.

 Z każdym powtórzeniem zamierała na chwilę w powietrzu, aby przyjrzeć się uważnie jeszcze raz, posłuchać jak spada śnieg, a następnie powtórzyć cały proces równie nieumiejętnie. Na szczęście ta czuła dla niej biel stopniowo gasiła jej niecierpliwość, czyniąc plastik coraz bardziej organicznym.

IMG 3469

Skierowałam się do kuchni, zahaczając po drodze o łazienkę w celu zbadania aktualnego stanu rzeczy na twarzy. W lustrze sprawy mają się jak zawsze, nie daje spokoju tylko nabrzmiały policzek, spuchnięty jak co roku od ciągłego dłubania. Zawsze tego samego miesiąca daje o sobie znać moja niewyrżnięta ósemka. Mam z nią jakąś dziwną relację, bo to jedyna ósemka którą mam, od zawsze jednak inkubuje się zakopana w dziąśle, nie będąc zainteresowana nawet zbadaniem otoczenia, ta jej fanaberia doprowadza mnie tylko co roku do stanu, w którym gardło i cała twarz mi puchną, ten czas zazwyczaj próbuję przespać, a kiedy tak śpię śni mi się, że ją sobie wydłubuję, ale jej korzenie nie mają końca, to jest trochę tak jak ten trik, w którym  iluzjonista wyciąga miotłę z torby, to ja tak właśnie mam, tylko że wyciągam sobie zęba z głowy, zazwyczaj jest jednak tak długa ta zębowa miotła, że budzę się zanim uda mi się ją wyjąć.

To, co z pewnością muszę teraz zrobić, to z tego zlepionego układu szczoteczek do zębów w podgniłym kubku wybrać jedną o najniższym stopniu rozkładu. Po krótkiej, a wystarczającej kontemplacji przedmiotów, przede mną wyłonił się jeden, który przemówił najpełniejszą liczbą syntetycznego włosia, wypełniam szczeliny pomiędzy zębami pastą i szczotkując podejmuję pierwsze poważne kroki w kierunku kuchni. Boli mnie ząb, myję go i jestem głodna, sprawdzam więc czy zostało coś w lodówce, ale to chyba tak tylko ironicznie, bo przecież prawie nigdy nie mam nic w lodówce. I tak decyduję się z odwiedzić tę jaskinię rozpusty (pyszne.pl) żeby odnaleźć najbardziej serową, spieczoną na grubym cieście i wytarzaną w keczupie picke. Zaczynam rekonesans najtłustszych drożdżowych obiektów, to bardzo trudne zadanie, bo ponieważ rozpoznanie odbywa się taśmowo i w ograniczonym czasie, nie mogę pozwolić sobie na luksus niedostrzeżenia czegokolwiek. Zawsze kończę jednak na tej samej pizzy, tylko na początku oszukuję się, że cokolwiek wybieram, jeszcze dwie szybkie rundy wokół aplikacji pozwalają mi zadecydować, żeby zamówić to samo co zwykle. Leżąc już na kanapie wybrałam najbardziej 40-centymetrowy dowód mojego braku dyscypliny.

Jezu, strasznie mnie ten policzek boli, już zupełnie zapomniałam, że myję zęby i teraz tym winnym wszystkiemu niewyklutym zębem już tylko obgryzam twarde plastikowe włosy. By sprawdzić co u niej, wsadzam palce do buzi i przesuwając nimi po podniebieniu próbuję ustalić nasze położenie – pomiędzy trzema rzędami dziesiątków zębów układałam sobie najprostszą trasę wiodącą przez najciekawsze schorzenia w poszukiwaniu dziąsła. Rytmiczna wielość rosnących obiektów w końcu urwała się, odsłaniając przede mną delikatna taflę wilgotnej tkanki, przerywaną okazjonalnymi wzniesieniami. Ku mojemu zdziwieniu, kiedy natrafiłam wreszcie na wypatrywany przeze mnie obiekt, okazało się, że nie jest on już przykryty, a ogrodzony ostrymi krawędziami tkanki, spod której prawdopodobnie zaświeciła ósemka.

Biegnę do łazienki, żeby ją zobaczyć. Staję przed lustrem, a latarką w telefonie z wciąż jeszcze otwartą aplikacją pyszne.pl świecę do buzi i pierwszy raz ja widzę! Teraz wkładam już do ust całą rękę i powtarzając ustaloną trasę wracam z asystą, pozostałe palce nie chowają się już za granicą wargi, a wsadzam do buzi całą rękę aż po łokieć. Chcę złapać ją we wszystkie palce i pomóc jej wydostać się z dziąsła.

Twarde filamenty zaczynają pulsować pod presją moich palców. Muszę rozgrzebać naruszoną błonę, staje się ona coraz bardziej chropowata z każdym skubnięciem, w końcu widzę, że co się pod nią kryło, to pękające ziarniste grudki nieregularnych kształtów obudowujące kość zęba. Kiedy ósemka w miarę grzebania staje się coraz mniej stabilna, próbuję ją agresywnie wyciągać, jednak to niczym nie skutkuje. Wykręcam ją w obie strony, jeszcze delikatnie się opiera, obracam w lewo, czując blokadę i jej powolne ustępowanie. Okazuje się, że ząb w swojej budowie przypomina trochę gwóźdź i po sforsowaniu tego pierwszego napięcia można go bardzo łatwo odkręcić. Odkręciłam go, teraz nie jestem pewna czy był prawdziwy, jeszcze nie zdążyłam popatrzeć na niego, a już kwestionuję jego autentyczność. Wreszcie kiedy powoli wyjmuję rękę z buzi, okazuje się że chyba wszystkie zęby połączone były ze sobą jakąś delikatną żyłką, bo czuję, że w miarę wycofywania dłoni trzymającej ząb, reszta zaczyna wypadać jeden po drugim, jak koraliki. Wywlekam go na zewnątrz, ale wtedy już każdy z trzech rzędów moich zębów ustępuje jeden po drugim i wypełniają całą moją jamę ustną. Wypluwam je na podłogę, nie wiem, czy wyglądają sztucznie, bo nie wiem, jak powinny wyglądać gdyby były prawdziwe, ale chyba nikt nie wstawiałby mi zepsutych zębów. A teraz jak je odkręciłam, to je muszę wkręcić z powrotem. Chwila przerwy na patrzenie w ścianę dobrze mi zrobiła, mogłam znów zabrać się do pracy, zaczęłam więc układać zęby na podłodze w odpowiedniej kolejności.

Moje skupienie zostało niestety przerwane przez dzwonek do drzwi – to dostawca pizzy – Boże co ja robię, dziewczyno chcesz się pozbyć wszystkich zębów???!! Jak zjem pizzę wtedy, nie wiem próbuje szybko powsadzać je z powrotem, ale one nie pasują, wtykam je w te dziurki rząd po rzędzie, a te znowu wypadają, bo się zdenerwowałam i je wsadzam pewnie na odwrót, no to znowu próbuję na spokojnie, powoli. Układam je na podłodze łazienki po kolei jak powinny iść jedynki, dwójki, te kły takie, potem coś tam dalej i ósemka, ale to dopiero pierwszy rząd – dzwonek do drzwi wciskany jest już z coraz większą niecierpliwością, dostawca pewnie myśli, że zasnęłam, więc znowu próbuję wcisnąć zęby na ich miejsca z kolejnym niepowodzeniem, bo za każdym razem, jak dwa są już na miejscu, to wsadzam tego trzeciego, a dwa poprzednie wyślizgują się. To jest bez sensu, wsadzę je sobie do buzi to może nie zauważy, poza tym nie chcę, żeby tak leżały na podłodze. Napchałam ich sobie do ust, ostatni się już nie zmieścił, ale dobra, bez jednego to już jakoś sobie poradzę, byle by ta ósemka była. Idę do drzwi, w drodze jeszcze próbuję zatuszować ślady walki, bo jestem cała ośliniona, szybko otwieram je przerywając tym samym ciągłe dzwonienie.

Patrząc na dostawczynię poznaję ją! Witam się, przejmuję duże kartonowe pudełko i zwracam uwagę, że my do tej samej pracy chodziłyśmy, pytam więc naturalnie czy dalej tam pracuje. Jednak, kiedy mówię, z ust wypadają mi zęby – głupio to wygląda – więc schylam się i zaczynam je zbierać, a ona bez wyraźnego zdziwienia mi w tym pomaga, kiedy tak je zbieramy przyglądam się jej bliżej i odkrywam, że to poczucie znajomości twarzy jest spowodowane czymś więcej, przyglądając się jeszcze dokładniej dostrzegam, że to ja zbieram te zęby. Na to odkrycie obdarzyłam samą siebie bezzębnym szerokim uśmiechem, a ona mi te brakujące zęby podała, rozpromieniona wpatrywałam się w siebie jeszcze przez chwilę i strasznie się cieszyłam.

– Co ty zrobiłaś znowu z tymi zębami, musisz ciągle tak grzebać w tej buzi – mówi, a ja patrzę na nią i ona ma wszystkie zęby, więc to chyba nie jestem ja – ona mi mówi żebym oddała jej pizzę, bo sama ją tu sobie przyniosła, a ja jej mówię, że przecież ją zamówiłam.

– No tak, zamówiłaś, to sobie teraz po nią idź.

Pokazuję jej te zęby i się pytam, co mam z tym zrobić.

– Jest ich strasznie dużo, nie poradzisz sobie sama, żeby je tak porządnie ułożyć w kolejności, bo one muszą być w dobrej kolejności, a ty pewnie układałaś od najmniejszego do największego?

Mówię jej, że tak jest dobrze od najmniejszego do największego, a jak ma być?

– No właśnie nie, dentysta to wie, jak ułożyć zęby dobrze, do dentysty musisz iść- w ratuszowej przecież mają dentystę, to sobie od razu tę swoją pizzę odbierzesz.

Ma rację – faktycznie, w restauracji, z której zamówiłam jedzenie, jest też przecież gabinet dentystyczny.

-Nooo masz te zęby, wsadź je do buzi tam, gdzie ich miejsce i idź tam do nich, wstawią ci zęby i sobie odbierzesz pizzę przy okazji, ona się sama i tak nie przyniesie.

Na szczęście uwierzyłaś mi na słowo i nie musiałam ci na podłodze w łazience udowadniać, że obie nie potrafimy ułożyć zębów w odpowiedniej kolejności, ty poszłaś, a ja mogłam zjeść w spokoju moimi własnymi zębami i iść spać. Uwierzyłaś mi, ubrałaś się, wyszłaś. Wydaje mi się, że poszłaś faktycznie do tej ratuszowej. Na twoje nieszczęście ten nocny księżyc świecił dziś dla ciebie podwójnie, cieszę się, że jednak ucieszyłaś się na mój widok. Teraz musiałaś iść przez całe świecące bielą, ciche miasto i zimno podgryzające skórę, z buzią wypchaną zębami – jednego zostawiłaś, ale to już nic, ważne, że zabrałaś tę ósemkę.

Kiedy wreszcie dotarłaś do ratuszowej, kryjącej się za długą drogą na wprost i fryzjerem dla psów, znając życie usiadłaś przy stoliku i przez jakiś czas czekałaś, aż ktoś cię zauważy i sam zaproponuje ci odebranie pizzy. Nic takiego się nie stało, w restauracji nie było nikogo oprócz ciebie, ale pracownicy i tak dali radę skutecznie cię ignorować. Zebrałaś się w końcu w sobie i podeszłaś do baru, zapytałaś o pizzę – czy jest już gotowa. Stojąca przy barze menadżerka powiedziała ci, że nie mają pizzy, zarzucając jednocześnie, że pracowałaś tu i nie nauczyłaś się karty. Zapytała też, czy nigdy nie byłaś na kuchni i nie rozmawiałaś z kucharzami? Po czym zauważyła, że prawdopodobnie masz jutro zmianę. Na co ty oświadczyłaś, że przecież już tu nie pracujesz, a na kuchni byłaś i wiesz, że znajduje się tam gabinet dentystyczny, z którego właśnie pragniesz skorzystać, a następnie wyplułaś wtedy zęby na blat grożąc sanepidem.

Menadżerka patrząc na nie wyraziła zmartwienie spowodowane twoją jutrzejszą zmianą, nie powinnaś obsługiwać klientów szczerbata, kazała ci więc wstawić zęby do rana, a ty układając je na blacie w kolejności od najmniejszego do największego, próbowałaś dalej wyjaśnić jej, że już od dawna tam nie pracujesz. Niestety nic do niej nie docierało, zarzuciła ci jeszcze, że chcesz zostawić swoich kolegów ze zmiany samych, co sprawi, że nie będzie nikogo kto zajmie się jutro obsługą ślinociągu i ssaka, a na końcu podsumowała tylko, że jest mega tabaka i musi wracać do pracy.

Chyba się znowu trochę zestresowałaś, bo faktycznie zebrałaś szybko zęby, wsadziłaś je sobie na powrót do buzi i posłusznie udałaś się w stronę drzwi, jeszcze jedno ostatnie spojrzenie przed wyjściem na menadżerkę, z którą rozmawiałaś, pozwoliło ci zaobserwować jak bardzo szybko i nerwowo niczego nie robi.

Wyszłaś z ratuszowej i co dalej? Skąd mam wziąć te zęby i pizzę skoro w ratuszowej ich nie ma, a teraz przychodzisz do mnie z pełnym uzębieniem i chcesz jeść? Może ty pomożesz mi je z powrotem wstawić? Skoro masz je wszystkie na miejscu to już chyba wiesz jak to się robi?

– niee, ja nie umiem wstawiać zębów, umiem je tylko ułożyć w kolejności od największego do najmniejszego, a to nie to samo. Potrzebujesz do tego dentysty, on wie jak się wkłada zęby w dobrej kolejności, a pizzę mam z ratuszowej, to jest ta co ją ciągle zamawiam i oni tam mają też gabinet dentystyczny, idź do nich odbierz sobie pizzę i ci wstawia te zęby. Idź do nich, sama sobie z tym nie poradzisz, a pizza się też sama nie dostarczy, co nie?

Próbowałam jej wytłumaczyć, że zęby to nie taka prosta sprawa i nie możemy ich tak po prostu ułożyć w łazience na podłodze i wsadzić do buzi rząd po rzędzie, bo ich jest po prostu za dużo, żeby wszystkie je znać, jak się jest zwykłym człowiekiem. Po dłuższych negocjacjach dała się przekonać, wsadziła zęby do buzi ubrała się i wyszła. Ja w tym czasie zgarnęłam z kuchni jeszcze jeden talerzyk, mogłam wreszcie z uśmiechem położyć się na łóżku i spokojnie zjeść swoją pizzę, oglądając przy tym napoczęty już videoesej „how people became horses”, w miarę oglądania moje powieki stawały się coraz cięższe, a kończąc jedzenie już tylko trochę rozbolał mnie ząb.

artwriting

Przewijanie do góry
Skip to content